czwartek, 04 października 2007
Małgorzata tęskni

Mur jest zimny i wilgotny, przyjemnie chłodzi rozpaloną twarz, w zapadającym zmroku nie widać zaczerwienionych policzków i oczu. Już nigdy w życiu tego nie zrobi. Nigdy w życiu sama do niego nie pójdzie. Nie na próżno matka tysiące razy powtarzała jej, że dziewczynie samej nie przystoi. Nie przystoi tak się zniżać i prosić mężczyznę o łaskę. O łaskę miłości. O łaskę litości. Została odrzucona. Wzgardzona. On jej nie chce. Już jej nie potrzebuje. Ale to już nie chodzi tylko o nią. Po śmierci matki i brata została wprawdzie na świecie sama jak palec, ale od niedawna wie, że niedługo będzie się musiała martwić nie tylko o siebie, bo nosi w sobie życie, które spłodził Henryk. I dlatego ta wzgarda boli podwójnie. Pali jej twarz i oczy. Wypaliła jej się piętnem na cały ciele. Na dłoniach, piersiach, łonie. Małgorzata ma wrażenie, że każdy mija ją z pogardliwym uśmiechem. Kto ją teraz przygarnie? Kto ją teraz zechce? Kto ją teraz obroni? Przerażona chwyta się za za coraz okrąglejszy brzuch. Ma wrażenie, że jej hańba jest już na ustach całego miasta. Przemyka pod murem w stronę domu Marty. Ociera sie o wystające kamienie nie czując ich ostrych kanów i raniąc sobie ramiona. Jest prawie ciemno, kamienie nie zdradzą, czyje to delikatne dłonie głaskały je wieczorną porą zostawiając ślady krwi. Małgorzata ma głowę ciężką od myśli. Dlaczego tak nagle zrobiło się tak ciemno. Oczy zachodzą łzami, w gardle podchodzi wszystko do góry, chociaż niewiele dziś jadła, wydaje jej się, że mur faluje, opiera się o niego plecami, i wtedy nie może już panować nad swoim ciałem, który wstrząsa spazm płaczu i odruch wymiotny, żeby tylko dojść do domu Marty, ona na pewno mi pomoże, a przynajmniej wysłucha, to ostatnia przyjazna osoba.

- Marto! - Greta z niemym zdziwieniem staje w drzwiach skromnej izby Marty.Marta nie jest sama. I nie jest to towarzystwo porządane na wieczór taki jak ten. Klientela domu uciech. Marta w roznegliżowanym stroju w wyuzdanej pozie nie pozostawiającej domysłów obwieszona błyskotkami ze szkatułki, którą podarował Grecie Henryk. Obie głęboko ją ukryły. Dziś wieczór Marta zrobiła użytek z jej zawartości. Wygląda na to, że nie pierwszy raz.

- Co robisz, Marto?
Na to pytanie odpowiedź jest tylko jedna i Greta nie chce jej słyszeć. W nikłym świetle lampy ujrzała z całą wyrazistością to wszystko, czego przez cały czas ich znajomości nie chciała widzieć. Steraną wyczekiwaniem i samotnością postarzałą i szarą twarz Marty, na której samotność, ciężka praca i upływ czasu wyżłobiły głębokie bruzdy. Marta nawet będąc młodą nie była piękną kobietą.

Greta nie chciała słyszeć tych pokrętnych tłumaczeń o latach wyczekiwań na powrót męża z wojennej tułaczki, o niespełnieniu, o radości, której nigdy nie miała, o tym, że jej też się coś od życia należy, nie chciała przyjąć tego złotego wisiorku wysadzanego rubinami, i dlatego wyszła, przerywając Marcie wpół słowa, ściskając w dłoni czerwoną jak ogień błyskotkę.

 

Jak kubeł zimnej wody na głowę przywrócił Grecie przytomność. Nawet na Martę nie może już liczyć. Muzyka. Słyszy dźwięki muzyki. Zaciska bezwiednie dłonie. Ostre krawędzie wisiora odciskają się na ich wnętrzu. Małgorzata staje przed wejściem do oberży. Słyszy dobiegające ze środka odgłosy zabawy. Jest naładowana emocjami, wściekłością na Henryka, Martę, swoją naiwność, z furią popycha drzwi, które otwierają się z impetem i prężnym krokiem wchodzi do środka. Kapela na chwilę przestała grać. Małgorzata mruży oczy, musi przyzwyczaić je do światła. Stoi przez chwilę na środku, na opustoszałym klepisku, muzykanci stroją instrumenty. Małgorzata czuje przez moment zmieszanie, kilka par oczu jest zwróconych na nią. I wtedy wyłapuje wzrok siedzącego przy najbliższej ławie Mateusza, tak samo obleśny jak zawsze, oblepiający jej usta, piersi, pośladki. Podchodzi do niego powoli kołysząc biodrami. Wie, że piersi nigdy jeszcze nie były tak pełne i ponętne.Rozchyla lekko usta odsłaniając nieznacznie zęby, przygryza lekko dolną wargę, tak, aby napłynęła krwią i zaczerwieniła się. Podchodzi powoli, bardzo powoli, odległość ich dzieląca jest nieduża. W tym samym czasie pociąga sznurek płaszcza, tak aby się rozchylił i opadł na ławę dokładnie w momencie, gdy Małgorzata staje przed Mateuszem.

-Pić mi się chce.- mówi i nie czekając na odpowiedź bierze w obie dłonie stojący przed nim do połowy pełny kufel i wychyla go kilkoma głębokimi łykami. Złocisty płyn cieknie jej po szyji i dekolcie z uniesionego w górę kufla. W tym czasie muzycy zdążyli już odpocząć, stroją instrumenty. Małgorzata, zaspokoiwszy pragnienie, odstawia kufel, kładzie dłonia na biodrach i wystukuje obcasami rytm. Mateusz właściwie odczytuje jej zachętę. Jedną ręką łapie ją za wąską kibić, drugą chwyta jej dłonie i zręcznym ruchem wprawnego tancerza wykręca na środek klepiska. Teraz stoją naprzeciwko siebie patrząc na siebie rozognionym wzrokiem, tylko oni dwoje. Wokół nich utworzył się krąg robiąc im miejsce do popisu, bo to będzie popis. Smyczki coraz szybciej szybują po strunach, Małgorzacie gra już każdy mięsień. Podnosi obie dłonie do szyi i zapina na karku błyszczący niczym płomień naszyjnik od Henryka. Od tej chwili każdy jej ruch, każde skinie karku, każde falowanie piersi, każde tupniecie nogą, każdy furkot spódnicy, każda błyskawica w oku, każda trajektoria ramienia wokół karku Mateusza będzie uważnie śledzona przez Henryka, którego pojawienie się  oberży nie mogło umknąć wzrokowi Małgorzaty. I każdy jej ruch będzie obliczony na wzbudzenie pożądania. Aby został zapamiętany. Tej nocy. I każdej następnej.

 

21:09, jejsiostra
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 07 listopada 2006
kołowrotek

W izbie słychać tylko miarowy stukot kołowrotka. Na jednym końcu stołu młoda dziewczyna, prawie dziecko jeszcze, na drugim mężczyzna, na którego twarzy znać długą drogę życia. W środku matka Małgorzaty przędzie osnowę. Kobieta i mężczyzna połączeni wzrokim, napiętym jak struna. Dłonie spoczywają niespokojnie na pociemniałymi pociętym śladami noża blacie stołu, oczy pociemniałe z pożądania, myśli stęsknione krążą wokół piersi, ramion, ud. Usta milczą, od czasu do czasu drgną bezgłośnie nabrzmiałe wargi, miliony niewypowiedzianych słów nasycają powietrze. Nić przędzie się miarowo,  kołowrotek stuka, w zapadającym zmroku zastygłe postaci nie śmieją jednym niezdarnym słowem zmącić ciszy. Izbę oświetla teraz tylko przytłumiony blask krwawo zachodzącego słońca. Cichnie gwar z ulicy. Małgorzata z tłumionym jękiem wciąga powietrze. Karcący wzrok matki. Henryk wysuwa pod stołem nogę w jej kierunku. Za duża jednak dzieli ich odległość, by ich stopy mogły się złączyć, by ich dłonie spleść się mogły w miłosnym uścisku. Kołowrotek turkocze coraz szybciej, wrzeciono wiruje nieprzerwanie. Matka z niepokojem podnosi głowę. W tym momencie wrzeciono spada i  toczy się po pochyłym klepisku wprost ku uchylonym drzwiom i dalej na ulicę, w rynsztok i jakby wiedzione jakąś czarodziejską siłą pędzi jak szalone w dół ulicy wprost ku zejściu nad rzekę. Zdziwiona kobieta wypada z domu i rzuca się w pogoń za nim. Tuż za progiem dosięga ją jeszcze tylko stukot przewracanej ławy i za chwilę trzask zamykanych drzwi. Dwoje spragnionych siebie ludzi zwiera się w nierozerwalny splot i świat dookoła nich przestaje istnieć.

22:13, jejsiostra
Link Dodaj komentarz »
wątpliwości Sędziego

Zgarbiona postać mężczyzny przy oknie to jedyny żywy obiekt w dużej, zimnej sali. Sędzia jest stary. Teraz zastygł wpatrzony w niewidoczny punkt. Stoi tak zamyślony od wielu godzin. Ciężkie myśli zmarszczyły mu czoło. Musi podjąć trudną decyzję. Ma wątpliwości. Od tej decyzji zależy życie młodej kobiety. Zwykła, biedna dziewczyna z plebsu, dzieciobójczyni, mówią o niej na mieście, na dodatek nieposłuszna, rozpustna i szalona. Z jej ręki miała jakoby zginąć matka, w obronie jej utraconego honoru poległ w pojedynku jedyny brat.  Przypadek z pozoru prostu, wyrok jednoznaczny - śmierć. Wszyscy są zgodni co do tego i nalegają na jak najszybsze wydanie wyroku i ostateczne załatwienie tej sprawy. Po co niepotrzebne ceregiele, kiedy są niezbite dowody, wina jest oczywista. Zazwyczaj w takich przypadkach nikt nie przejmuje się takimi procedurami jak dochodzenie prawdy. Ale on nie może teraz jej skazać. Nie po tym, co widział. Widział, jak prowadzili ja do lochu. Ich spojrzenia spotkały się na krotki moment. Było w jej oczach coś tak poruszającego i znajomego zarazem, ze nie mógł tak po prostu wydać skazującego wyroku. To krótkie, przypadkowe spotkanie i jedno jej spojrzenie, niczym czarownicy, wypaliło mu się piętnem w pamięci, nie pozwoliło spać, gryzło w chwilach samotności i kazało uruchomić całą machinę zaskakujących wydarzeń, które miały wyjaśnić powody jej postępowania i dowieść jej winy lub oczyścić z zarzutów. Ale dlaczego, jak to się stało,  że właśnie ona, to doświadczone przez życie dziecko, kazało mu bawić się w tę całą fanfaronadę,  zastanowić się nad całym życiem, ta rozkwitająca kobieta postawiona nad czeluścią grobu. Nie, nie kobietę w niej dostrzegł wtedy w mroku krużganka, wleczoną przez strażników do lochu, w tym zmaltretowanym ciele w łachmanach trudno było dostrzec człowieka. Dopiero kolejne przesłuchania odsłaniały jej rożne oblicza. Ale jeśli nie kobietę, to kogo? Dziecko? Nie dziecko już, wszak sama była matką. Zbrodniarkę, bezwzględna morderczynię? Gdyby tak myślał, nie pochyliłby się nad nią. Czoło sędziego poprzecinały linie zmarszczek. Westchnął głęboko w cichej samotności. Obrócił się w stronę zimnego i ponurego holu i zasępił. Kim jest Małgorzata? I dlaczego glos jakiś wewnętrzny kazał mu się przy niej zatrzymać i nie pozwolić jej zginąć ot tak,  jak wielu przed nią. Nawet Małgorzata nie mogła znać odpowiedzi na to pytanie. Odpowiedz leżała pomiędzy nią i nim. Brakowało mu tylko łączącego ogniwa, czegoś, co dałoby mu spokój sumienia. Rozwiało przypuszczenia lub utwierdziło w przekonaniu. Przekonaniu...no właśnie, czego? Bał się nawet dopuścić do siebie taką myśl. A czas płynął nieubłaganie, ona mila go coraz mniej, może nie wytrzymać kolejnych tortur, przed tym nie  mógł jej uchronić, pomimo swojej pozycji, czymś trzeba zamknąć usta plebsu.

...

22:05, jejsiostra
Link Dodaj komentarz »
Małgorzata pyta sędzigo o miłość
Czy Pan kiedyś kochał, Panie Sędzio? Czy doświadczył Pan tej łaski? Tego szczęścia i tego bólu, bez których życie jest tylko mdłą wegetacją? Czy Pana kiedy kto kochał, czy czekał na ukochaną z niepokojem- przyjdzie czy zapomni? Czy pragnął ktoś kiedyś Pańskiego widoku i szalał z radości na jego spotkanie? Czy usta z niecierpliwością szukały żaru ust, czy dłoń tkliwa obejmowała najdroższą kibić? Czy kochał Pan kiedyś, choć raz, tak naprawdę, i czy miłość Pana odwzajemnioną była?
niedziela, 26 lutego 2006
Pierwsze zeznanie Racheli
Nikt nigdy nie mowil do niej: Malgosiu. Jesli juz zwracano sie do niej po imieniu, to tylko: Malgorzata. Nawet matka. Chociaz robila to rzadko. Czasami miala wrazenie, ze matka jej nie nawidzi, ze o cos ja wini. Brat nienawidzil jej napewno. Kiedy byla mala, czesto ja bil. Pozniej, gdy zaczela dojrzewac, byl juz na tyle duzy, ze zajal sie swoimi sprawami i jej starszymi kolezankami. Ojca nie miala. Nigdy. Tak wiec Malgorzata dorastala sama. Chociaz jest to nie do konca prawda. Trudno dorastac samemu w jednej malej izbie, otoczonej gwarem przedmiescia. Nikt sie nia nie zajmowal. Miala niewiele przyjaciolek, matka niechetnie widziala obcych w domu. Kiedy ja poznalam, byla zastraszona, zabiedzona dziewczynka jeszcze, nieswiadoma  swojej kobiecosci. Urzekly mnie jej duze, szeroko otwarte oczy, jakby caly czas sie czegos bala. Zrozumialy byl jej strach przed razami brata, lecz gdy sie spotkalysmy, jego dawno nie bylo juz w domu. W jej oczach krylo sie jednak cos wiecej, cos, czego wtedy nie potrafilam jeszcze odczytac. Psja, ktora niebawem wybuchnac mial z sila wulkanu, by jak lawa porwac za soba Malgorzate i caly jej swiat.
13:00, jejsiostra
Link Dodaj komentarz »